Laureaci i nominowani do nagrody 2021

LAUREAT NAGRODY IM. ADAMA MICKIEWICZA 2021

JAN GONDOWICZ (ur. w 1950 r.) – literaturoznawca bardzo niezależny, tłumacz i wydawca. Autor bestiariusza „Zoologia fantastyczna uzupełniona”, książek eseistycznych „Pan tu nie stał”, „Paradoks o autorze”, „Duch opowieści”, monografii „Trans-Autentyk. Nie-czyste formy Brunona Schulza” i ostatnio „Czekając na Golema”, a także licznych opracowań i przekładów.  Za przekład „Ćwiczeń stylistycznych” Raymonda Queneau otrzymał Nagrodę „Literatury na Świecie” w dziedzinie poezji. Był nominowany do Nagrody im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego (2015) oraz do Nagrody Literackiej Gdynia (2015) w kategorii esej. W 2021 roku został uhonorowany Poznańską Nagrodą Literacką – Nagrodą im. A. Mickiewicza. Mieszka w Warszawie.

Jarosław Mikołajewski: Laudacja dla Jana Gondowicza

Wybierając kandydatów do Poznańskiej Nagrody Literackiej – Nagrody im. Adama Mickiewicza, jury bierze pod uwagę pisarską, intelektualną, wrażliwościową wybitność, potwierdzoną wydaną niedawno książką.

Pisarską, intelektualną, wrażliwościową wybitność Jana Gondowicza rozważaliśmy nie po raz pierwszy. Z radością i ulgą stwierdziliśmy, że 56 krótkich form, które czytaliśmy na bieżąco w czasopismach, programach teatralnych, przedmowach lub których jeszcze nie czytaliśmy, lecz na które żeśmy czekali – jak zawsze na teksty podpisane nazwiskiem „Gondowicz” – zebranych w książkę „Czekając na Golema”, daje nam tytuł do wybrania spośród wielu wybitności właśnie tej, bardzo niezwykłej, by nie rzec: jedynej.

Proza Jana Gondowicza jest najbardziej swoistą poezją i niepoezją, z jaką stykamy się w polszczyźnie ostatnich dekad. Jest poezją przez swoją ukośność i szachowość, niepoddaną ani porządkowi geometrii, ani regułom szachów.

Raz powzięty pretekst – czy jest nim Witkacy, Żeleński, Płatonow czy Antonioni – zostaje wciągnięty w grę niepoziomą i niepionową, nie – w głąb, nie – wzwyż, tylko „jakoś tak”. Przy czym to „jakoś tak” nie ma nic z bylejakości czy lekceważenia, a wszystko z poważnego planu radykalnego przeorania przywołanym zjawiskiem pejzażu osobistego i powszechnego, przy użyciu wszystkich możliwych środków, a należą do nich: oczytanie i detaliczna pamięć o tym, co przeczytane; pomyślane i integracja pomyślanego ze wszystkim innym doświadczonym i nazwanym; zestawione i skonfrontowane ze skojarzonym.

Jest poezja Jana Gondowicza osadzona na bezwzględnym zaufaniu do samego siebie. Jest w ściółce jego tekstów przekonanie, że – choć niewielki – jest w świecie zestaw instrumentów poznania. Pisarstwo polega również na ich pierwotnym zdobywaniu, wyrywaniu jałowej ziemi.

W tak pojmowanym pisarstwie dobrym narzędziem, lepszym i ciekawszym od pytań wynikowych, staje się nawet pytanie o to, dlaczego centralnym miejscem refleksji i wyobraźni surrealistów nie jest Paryż. Można by zapytać: a dlaczego miałby być? Czyż jednak o nieoczywistości Bretona i kolegów nie świadczy właśnie to, że nie ma tego, co być powinno, a jest to, co przez innych nie zostało pomyślane albo wyśnione? W tym gigantycznym marzeniu, żeby pogodzić niepogodzone, spoić sprzeczne i skonfliktowane?

Odpowiedź myśliciela wydaje się jedna: bo akurat mnie Paryż właśnie przyszedł do głowy. Jego nieobecność jest jak pustka po szczeblu w wewnętrznym płocie. A nie mam innego odniesienia dla tekstów, autorów i ich światów niż osobista nerwica dopowiedzianego, przegadanego, brakującego, niezestawionego albo złożonego ku zaskoczeniu, ku zadziwieniu. Swędzenie przez to, że czegoś brakuje, albo coś jest niepotrzebne. Zaradzone przez to, że wyzwane jest na pojedynek.

Jest więc poezja Jana Gondowicza poezją, i jest niepoezją. Poezją – głównie dlatego, że jak w refleksji Benedetta Crocego poezją jest wszystko, co przemyślane i przeczute wszystkimi dostępnymi środkami, zwłaszcza tymi niedostępnymi w chwili rozpoczęcia pracy nad tekstem, a udostępnione sobie podczas umysłowej (a więc także serdecznej) krzątaniny. Wyjście z domu tekstu i krok w zapomnienie celu…

Jest też niepoezją przez to, jak bardzo poezją być na pozór nie chce. Jak u Gombrowicza, który pisząc w „Dziennikach” o Dantem robił wszystko, by nie dać zestawić się z wierszem, a skończył swoją refleksję poetycką paraprozą o autorze „Komedii”.

Wskazując Jana Gondowicza jako laureata Poznańskiej Nagrody Literackiej – Narody im. Adama Mickiewicza za rok 2021, członkowie jury są przekonani, że upominają się o pisarstwo niezwykle ciekawe, wciągające, oryginalne, wchodzące w rozmowę nieoczywistą i samych czytelników zapraszające do nieoczywistości czytania i przetwarzania.

To pisarstwo antyretorycznego buntu, zachęcające wszystkich do zaufania wobec osobistych skojarzeń, namiętności, zaciekawień i indywidualnego sposobu relacjonowania przygody.

 

 

LAUREAT NAGRODY – STYPENDIUM IM. STANISŁAWA BARAŃCZAKA 2021

IGOR JAREK (ur. 1989) – poeta, prozaik, dramatopisarz, autor scenariuszy do komiksów. Debiutował w 2008 roku, jako laureat konkursu im. Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, tomem wierszy „Różyczka”. Wydał też zbiór „Białaczka”. Wraz z żoną, graficzką Judytą Sosną, stworzył trzy komiksy wydane przez Kulturę Gniewu: „Słowacki”, „Spodouści” i „Czarna Studnia”. W „Dialogu” opublikował dramat „Glück Auf!” i monodram „Królowa”. Jego trzy opowiadania zebrane w debiutanckim tomie „Halny” (Nisza 2020) zostały wyróżnione nominacją do Paszportu „Polityki”, a także nagrodą Odkrycie Empiku 2020. Razem z żoną i córką mieszka na Nowej Hucie.


Inga Iwasiów: Igor Jarek i „Halny”

Nagradzany dziś Nagrodą-Stypendium im. Stanisława Barańczaka Igor Jarek jest poetą, prozaikiem, dramatopisarzem oraz autorem komiksów tworzonych w tandemie z żoną – graficzką Judytą Sosną. We wszystkie te utwory wnosi niesformatowaną energię doświadczenia i języka.

W „Halnym”, zbiorze prozy, który jury wzięło przede wszystkim pod uwagę ze względu na rok wydania (2020), ta energia została skumulowana, zorganizowana i wpuszczona w tekst za pomocą tytułowej metafory, która ma źródło w konkretnym zjawisku, jakim jest wiatr fenowy.

Tym razem halny wpada w dolinę utworzoną przez Nową Hutę, choć rzecz cała zaczyna się w autobusie z Londynu. Wraca nim do rodzinnego miasta Sandra – jedna z bohaterek, które wpadają w ciąg wytwarzany przez różnicę ciśnień. Stopniowo poznajemy ich historie, opowiadane zawsze z podmiotowego punktu widzenia, indywidualną, mocną frazą, w pierwszym odbiorze naturalistyczną, a nawet rodzajową, dającą się potraktować jako kopia mowy dilerów, alkoholiczek, byłych więźniów, gangsterów lub słowotwórcza fantazja na ich temat.

Za każdym razem jest to też opowieść o śladach utopii nazwanej Nowa Huta, ta zaś stanowi metonimię przeszłości wspólnoty targanej dwoma wiatrami – od morza i z gór.

Gdyby chcieć streścić wydarzenia z „Halnego”, dostalibyśmy opis środowiska osób żyjących pod każdym względem na krawędzi – prawa i bezprawia, wolności i uzależnienia, życia i śmierci, kariery i przestępstwa oraz przeszłości i teraźniejszości, dawnej obietnicy dobrobytu i nowej idei transformacji. Jedni z nich to psychopatyczni mordercy, inni zaś ich mimowolnie zaplątane w wojny gangów ofiary.

W Hucie rządzi gangster, spadkobierca dawnego planu utopijnego miasta-kombinatu. Trudno w mieście z prefabrykowanego betonu spełnić się w jakiejś szlachetnej konkurencji, choćby sportowej, unikając alkoholu, narkotyków i przemocy.

Czytanie „Halnego” jako diagnozy stanu miejsc poprzemysłowych i pozostawionych w nich samym sobie ludzi to jednak zaledwie pierwszy poryw. Idzie za nim niekoniecznie przeczące socjologicznej interpretacji porwanie drugie: przez rytm, tempo i balladową powtarzalność, naśladującą i fizykalne, i psychiczne działanie zjawiska, którego nie da się sprowadzić do opisu meteorologicznego.

Gdy wieje halny, wzrasta pokusa samobójstwa. To wiedza potoczna i literacka, złowroga i romantyzowana. Igor Jarek jej nie przeczy, opisując pęd do „obwieszenia się”, ale interesuje go raczej udaremniony wysiłek powrotu, wejścia w przestrzeń – miasta, osiedla, własnej biografii.

Wrócić do ojca, by wyrównać rachunki chce chora śmiertelnie Sandra. Znaleźć pracę stara się kolejny bohater, skazany za spowodowanie wypadku muzyk-alkoholik. Zaopiekować się bratem pragnie wychowanek domu dziecka handlujący miękkimi narkotykami.

Odwyki, nadzieje na życie rodzinne, można zmieścić w formule powrotu, ruchu z wyboru, wysiłku przezwyciężania przeszłości. Praca to skazana na niepowodzenie – przez fatalizm położenia i pochodzenia, ale podany w poetyckiej logice przenośni. „Jak wychodzę z krzaków na ulicę, potężny podmuch ciepłego wiatru o mało nie zwala mnie z nóg. Co jest grane? I zaraz se przypominam, że przecież pół dnia nadawali komunikaty: z gór schodzi halny, ma jebnąć nad ranem. Super, tylko tego pojeba mi jeszcze do szczęścia brakowało…” (s. 148) – myśli bohater zaraz po tym, gdy był świadkiem gwałtu i morderstwa.

Narastające ze strony na stronę dla czytających, a z godziny na godzinę dla bohaterów napięcie robi wrażenie transmisji z jakiegoś gigantycznego, postawionego nad Nową Hutą wiatrołapu, który ustępuje przed siłą pędzącą do przodu wątki, ścinającą je, plączącą i rozwalającą. Każdy epizod wydaje się ułamkową fabułą, zostawianą w jakimś kącie betonowych zakamarków przez swych narratorów, ale na koniec wszystko się misternie i złowrogo dopełnia. Aż do ustania, zamarcia, wyłączenia świadomości.

Choć od początku wiemy, że nic się w „Halnym” dobrze nie skończy – nie może – trudno zgadnąć, z której strony spadnie na głowy bohaterów cios.

To nagromadzenie, zwielokrotnienie, wyolbrzymienie, groteska, włączenie ech filmów, popkulturowych klisz rozpycha tekst od środka jak wiatr ulice; pcha historię do przodu niczym podmuch halnego wytrząśniętą z kosza na śmieci zawartość, która jednak nie jest przypadkowym, miejskim śmietnikiem, lecz takim stojącym między blokowiskiem a biblioteką. Ktoś zaś, dobierający dla nas wątki, jest nie tylko obserwatorem i w nieoczywisty sposób uczestnikiem, lecz kimś, kto pisze tę piosenkę – świetny utwór, powtarzany chętnie i bezbłędnie nawet na haju i na zjeździe, czasem sentymentalny i niosący nadzieję, nawet gdy uczestniczy w jej unicestwieniu, lecz przede wszystkim wymagający talentu i ćwiczeń.

Przyznając Nagrodę-Stypendium im. Stanisława Barańczaka, mamy nadzieję przyczynić się do zyskania warunków do tych ćwiczeń.



NOMINOWANE DO NAGRODY – STYPENDIUM IM. STANISŁAWA BARAŃCZAKA 2021

URSZULA HONEK (ur. 1987) – autorka książek poetyckich „Sporysz” (2015) i „Pod wezwaniem” (2018). W 2021 roku ukaże się jej nowy tom poetycki „Zimowanie” (WBPiCAK). Laureatka Grand Prix Konkursu Poetyckiego im. Rainera Marii Rilkego, Narody Krakowa Miasta Literatury UNESCO oraz Nagrody im. Adama Włodka. Pochodzi z Racławic (k. Gorlic). Mieszka w Krakowie.

Piotr Śliwiński, przewodniczący Kapituły Poznańskiej Nagrody Literackiej:
Urszula Honek, autorka książek poetyckich, szybko dostrzeżona przez czytelników, a przez krytykę uznana za jedną z najciekawszych poetek swego pokolenia, ma dar bogatej w znaczenia prostoty, szczerości, która nie jest naiwnością, przyjaźni do świata, który widzi jasno.
Prostota, szczerość i przyjaźń to talenty ważne także dla poezji. Z nich powstają wiersze jednocześnie wyraziste i delikatne, pewne, że mają coś do powiedzenia, lecz nienarcystyczne, złożone ze złożoności życia, a nie z wyuczonych chwytów.
Liryka Urszuli Honek urzeka czymś trudnym do nazwania (jest przecież poezją), a jednak mocno odczuwalnym: wrażliwością na znikanie domu, dzieciństwa, niewinności, ale i przeniesioną w czasie zdolnością do marzeń; aurą, co nie jest po prostu nostalgicznym czuwaniem przy stracie, lecz rodzajem gęstego powietrza, w którym zwolna przesuwają się postacie i zdarzenia; ruchomą, dojrzewającą i zarazem kaleczącą się o siebie tożsamością.

 

KATARZYNA SZWEDA (ur. 1990) – poetka i fotografka. Wychowywała się w Beskidzie Niskim na Wrzosowej Polanie. Z wykształcenia nauczycielka języka hiszpańskiego i angielskiego, absolwentka Uniwersytetu im. Johanna Wolfganga Goethego we Frankfurcie nad Menem. Wyróżniona Stypendium Twórczym Miasta Krakowa (2020). Debiutowała w 2020 roku tomem poetyckim „Bosorka” wydanym w Biurze Literackim. Mieszka i pracuje w Krakowie. Bada swoją łemkowskość.

Piotr Śliwiński, przewodniczący Kapituły Poznańskiej Nagrody Literackiej:
Katarzyna Szweda – autorka książki „Bosorka”, debiutantka. Któż mógłby sądzić, że do wierszy wrócą Łemkowie? Ich skomplikowana, często dramatyczna powojenna historia od lat zaciera się w zbiorowej pamięci, dzisiaj pozostały z niej już tylko strzępy, czyjeś przechwałki, że coś wie, a nawet był, dotknął. Prawie nic. Kawałek świata zapadający się pod powierzchnię.
Jak zwykle wychodzi na to, że kiedy pamięć wielu o wielu znika, historia traci powab i kurczy się do rozmiarów przypisu, to wtedy zwalnia się miejsce dla ludzi, dla opowieści, kadrów, scen z życia, urywków języka, bruzd na twarzy, pogłosów muzyki. Miejsce dla literatury, bo nieomal tylko po niej można się spodziewać wierności znikającym światom.
„Bosorka” wzięła się z tej wierności, wzięła się zamaszyście, dziarsko, zawadiacko, zmysłowo, boleśnie. Wiersze Katarzyny Szwedy nie są li tylko skargą, lecz są, próbują być, reanimacją. Debiutantka energicznie kręci obrazem i robi z językiem, co chce. W szczególnie interesującym świetle pokazuje kobiety, stare i młode, mówiące własnym głosem, samoistne, pierwotne, wieczne. Aż czytelnikowi udziela się liryczna moc – i myśli: to, co jakoby umarło, kipi słowem i ciałem. Bo to był fake news, ta opinia, że poezja niczego nie da już rady ocalić.

 

Kontrast