Miejsce w sercu, czyli o tym, że w Poznaniu Mickiewicz jest poetą współczesnym

Fot. M. Kaczyński © CK ZAMEK

Kiedy patrzę na nazwiska patronów Poznańskiej Nagrody Literackiej − Adama Mickiewicza i Stanisława Barańczaka − wówczas myślę o dwóch zimach w tym mieście. O styczniu 1832 roku oraz o styczniu roku 2015. W pierwszym przypadku zimowe ulice przemierzał autor „Dziadów”. Z kolei 7 stycznia 2015 w siedzibie poznańskiej polonistyki, w Collegium Mauis przy ul. Fredry, niespotykaną liczbę sympatyków poezji zgromadził wieczór ku czci Stanisława Barańczaka, zmarłego 26 grudnia 2014. Liczna obecność poznaniaków tamtego wieczoru zaskoczyła wszystkich. Zarówno Sala Śniadeckich, jak i hol Collegium Maius pękały w szwach. To była poetycka uczta. Wybrzmiało mnóstwo wierszy poznańskiego poety i okazało się, że nieprawdziwe są przeświadczenia wielu z nas, iż Poznaniowi nie jest po drodze z poezją. Nigdy nie widziałem tak licznej publiczności, która z niezwykłą uwagą słuchała niełatwej przecież poezji.

 

Po co Mickiewiczowi Poznań (i Wielkopolska)?

Mickiewicz gościł w Poznaniu co najmniej dwukrotnie − po raz pierwszy w połowie grudnia 1831, po raz drugi na początku stycznia roku następnego. Wiązało się to z jego pobytem w Wielkopolsce od lata 1831 do lutego 1832. Przybył tutaj, aby następnie przebić się na ziemie zaboru rosyjskiego i wziąć udział w powstaniu listopadowym. Plany spełzły jednak na niczym. Pozostał doniosły fakt − tych kilka miesięcy w Poznańskiem było ostatnim okresem w życiu poety, kiedy gościł na polskiej ziemi.

Poznań był ostatnim wielkim polskim miastem, w którym dane mu było spędzić nieco czasu. To był czas codziennego kontaktu z żywą polszczyzną, z polskimi obyczajami i rytuałami życia odświętnego i codziennego. Mało tego, to tutaj wydawano jego tomy poetyckie − najpierw pod koniec lat 20. XIX wieku, następnie na początku lat 30. Właśnie interesy wydawnicze były jednym z powodów poznańskich wizyt Mickiewicza. Poeta doskonale zdawał sobie sprawę, że książki tutaj wydane mają szanse trafić do polskich czytelników − nie tylko tych, żyjących pod panowaniem pruskim, ale także rosyjskim i austriackim.

Przyznam, że bardzo często myślę o Mickiewiczu, gdy przemierzam Aleje Marcinkowskiego i północną pierzeję Starego Rynku. Tym szlakiem autor „Ballad i romansów” musiał podążać wielokrotnie. Mieszkał bowiem w Hotelu Berlińskim na rogu ulic Marcinkowskiego i 23 Lutego (dziś jest tam chińska restauracja, a na niej tablica z informacją o pobycie poety w Poznaniu), zaś w narożniku Starego Rynku, wyznaczonym przez zbieg ulic Zamkowej i Rynkowej mieściła się księgarnia Jana Munka, do której wstępował i w której dopinał nową edycję swoich utworów.

Myślę o nim dlatego, że to w tym mieście napisał list do przyjaciela, Ignacego Domeyki. List, który porusza osobistym tonem i siłą wyrazu, choć to zaledwie kilka prostych zdań. Mickiewicz odnosił się w nim do wcześniejszej korespondencji Ignacego oraz do kilku słów, które dopisała tam dawna ukochana Adama − Maria z Wereszczaków Puttkamerowa. W związku z tym pisał do Domeyki: „Widok Jej ręki tak mnie upoił, że płakałem jak dziecko […]. Nie będziemy już nigdy widzieć się z sobą. Ale powiedz Jej, że ona zawsze ma w sercu moim miejsce, z którego nikt Jej nigdy nie usunął i gdzie Jej nikt nie zastąpi”.

Idę więc Alejami Marcinkowskiego w dół, wśród tych młodych topól i myślę o trzydziestoparoletnim mężczyźnie, który szedł tędy zimą 1831/1832 i zmagał się z niełatwymi problemami. Powstanie poniosło klęskę. Jego dawna miłość nie pozwalała o sobie zapomnieć, choć nie było żądnych szans na jej odrodzenie. Same trudności, z którymi potrafił się uporać tylko w jeden sposób − pisząc wiersze, dramaty, poematy.

 

Po co Poznaniowi dziś Mickiewicz?

No właśnie, po co? Czy ktoś go tutaj na serio czyta i przeżywa poza wąskim gronem zawodowych filologów i niestrudzonych polonistów w liceach, gimnazjach i podstawówkach? Bo oni naprawdę są niestrudzeni i potrafią dzieci oraz młodzież zarazić poezją Mickiewicza. Nie tak dawno mogłem się przyglądać efektom tej pracy na poziomie licealnym, będąc jurorem kolejnej edycji Olimpiady Literatury i Języka Polskiego. Równocześnie byłem świadkiem reakcji zupełnie innej. Razem z kolegą z poznańskiej polonistyki UAM zabraliśmy naszych studentów na spektakl w Teatrze Nowym. Na „Dziady” w brawurowej, uwspółcześnionej, mądrej i artystycznie finezyjnej reżyserii Radosława Rychcika. Z takim odczuciem opuszczaliśmy z kolegą teatr. Na zajęciach po wizycie w teatrze usłyszeliśmy jednak stanowcze veto. Większości studentów nie spodobała się taka forma aktualizacji twórczości Mickiewicza. Mogliśmy się z nimi nie zgadzać, ale fakt pozostał faktem. Wielu spośród nich posługiwało się w dyskusji argumentem, że klasykę literacką (w tym wypadku Mickiewicza) należy zostawić w spokoju, nie uwspółcześniać, nie poddawać ryzykanckim, skrajnie indywidualistycznym interpretacjom.

Wtedy przypomniała mi się fraza z poznańskiego listu Mickiewicza do Domeyki: „ona zawsze ma w sercu moim miejsce”. Przecież takie i inne, o wiele bardziej sugestywne, poetyckie zaklęcia tego poety nie powinny obumierać tylko w spisach lektur. Przecież w mieście, które przyznaje nagrodę literacką im. Adama Mickiewicza, a także w sercu jego mieszkańców, na pewno mogą odbijać się echem mistrzowskie i ciągle żywe, do głębi przejmujące wersy i zwrotki polskiego poety z Litwy. Na przykład takie dwa silne obrazy − jeden z Mickiewicza młodego, drugi z Mickiewicza dojrzałego:

„O myśli! w twojej głębi jest hydra pamiątek,
Co śpi wpośród złych losów i namiętnej burzy;
A gdy serce spokojne, zatapia w nim szpony”

(z „Sonetów krymskich”, 1826)

„Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojej,
I liczne mam serca mego rodzeństwo,
Piękniejszy kraj niż ten, co w oczach stoi”

(z wiersza „Gdy tu mój trup…”, koniec lat 30. XIX w.)

Stoję na przystanku tramwajowym przy Alejach Marcinkowskiego. Czekam na dziewiątkę. Patrzę na pieszych, na kierowców i pasażerów aut zmierzających w dół i w górę Alei. Wzdłuż Muzeum Narodowego i Biblioteki Raczyńskich. Każdy z nich ma serce, a w nim hydrę pamięci i krainę myśli. Coś co zarazem niepokoi i daje ukojenie. I nadal nikt nie nazywa tego lepiej niż poeta z Wilna.

JERZY BOROWCZYK