Chemicy,
prawnicy, czytelnicy

IMG_0994

Fot. M. Kaczyński © CK ZAMEK

Końcówka 2014 roku, umiera Stanisław Barańczak, poeta, krytyk, tłumacz, działacz Komitetu Obrony Robotników, człowiek pełen osobliwej, pozytywnej charyzmy. Jego śmierć, poprzedzona długą chorobą, wywołuje poruszenie. Świat bez Barańczaka? Będzie gorszy, głupszy. Część gazet i tygodników poświęca pisarzowi specjalne dodatki, mówi się o nim w radiu, nawet telewizja znajduje trochę czasu.

Dla wcale licznych poznaniaków Barańczak to dodatkowo kolega z młodości, dla niektórych uczeń, dla niektórych nauczyciel. Wrażenie, które wywołało odejście poety, jest tutaj wyjątkowo silne. Po paru dniach, w trakcie pamiątkowego czytania jego wierszy, chemik z prawnikiem, nietuzinkowi, jeden rektor, drugi prezydent, publicznie deklarują wolę ufundowania Poznańskiej Nagrody Literackiej, dwudzielnej, pod patronatem Mickiewicza (za całokształt) i Barańczaka (dla pisarza na dorobku).

Co ważne, decyzja nie zapadła przy biurku, w wyniku kalkulacji i targów, w nadziei zbicia jakiegoś medialnego kapitału, lecz z tzw. porywu serca, pod wpływem straty, która nagle okazała się trudna do przemilczenia. Odejście poety nie powinno równać się odejściu jego poezji, nie powinno być uszczerbkiem dla literatury, lecz na odwrót: oby stało się początkiem jakiejś nowej obecności, wziętej z przeczucia, że życie bez słowa, a tym bardziej życie w słowach zużytych i pozbawionych znaczenia, jest ubogie i niewiele – czy też nie wiadomo ile – warte.

Tak rozumiem wysyp, zresztą nie aż tak wielki, jak się czasami twierdzi, nagród fundowanych głownie przez samorządy i niezależne środowiska – jako rodzaj konstruktywnego buntu przeciw ciasno pojętemu pragmatyzmowi, który w ostatnim dwudziestoleciu stał się rodzajem nowej wiary, w gruncie rzeczy bardzo szkodliwej dla rozwoju.

Jest to oczywiście bunt, który nie wywróci wszystkiego, trzeba całej masy różnorakich działań, żeby sytuacja mogła zacząć się poprawiać, trzeba jasnego powiedzenia, że społeczeństwo nieczytelników nigdy nie będzie społeczeństwem w sensie ścisłym, pozostając pasywnym zbiorowiskiem rządzonym przez bezczelnych nieuków, trzeba dodać siły i pieniędzy takim ciałom, jak kreatywny Instytut Książki, trzeba popularyzację czytania zdefiniować jako najważniejsze zadanie szkoły i jedno z ważniejszych zadań uczelni, trzeba coś robić, do diaska – i cieszyć się tym, co już się robi.

I dlatego nagrody literackie z ich nieuchronnymi wadami cieszą, a ich zlokalizowanie nie tylko w Warszawie i Krakowie, ale również w Gdyni (Nagroda Literacka Gdynia), Gdańsku (Europejski Poeta Wolności), Wrocławiu (Silesius i Angelus), Szczecinie (Gryfia), Łodzi (Nagroda Tuwima), Lublinie (Kamień), Katowicach (Śląski Wawrzyn Literacki), w Poznaniu wreszcie – cieszy tym bardziej.

Każdą z nich rozumiem jako zachętę do zaciekawienia się książką, a nawet czymś jeszcze – możliwością ciekawszego życia. „Literatura jest dla mnie formą życia. Najlepszym z dostępnych języków, za pomocą których możemy myśleć o świecie, działać w nim i zamieszkiwać go obok innych istnień (nie tylko ludzi). Od pisarek i pisarzy uczę się, jak zawiązywać relacje z rzeczywistością, jak czujnie i krytycznie odnosić się do tego, co mnie otacza, jak przeobrażać siebie, by nie zakrzepnąć w jednym kształcie” – wzruszająco stwierdza Grzegorz Jankowicz w tomie esejów „Uchodźcy z Ziemi Ulro”, ja zaś pytam, dlaczego to, co jeszcze niedawno było oczywiste, dzisiaj brzmi jak rękawica rzucona światu. Coś spartaczyliśmy, najpierw zajęci przetrwaniem, a potem, kiedy już przetrwaliśmy, usilnie naśladując tzw. ludzi sukcesu.

Pisarze nie są ludźmi sukcesu, a kiedy starają się nimi wydać, to zwykle z marnym skutkiem. Na Facebooku działa strona „Beka z literatury”, której pisarze sukcesu, jak zauważyłem, dostarczają treści. Pisarze są ludźmi sensu – trudnego do uchwycenia, niemożliwego do wysłowienia, sensu na opak, bezsensu, lecz za każdym razem niezatartego w pamięci. Nawet ciemność, nawet nieskończona ironia, nawet bezsiła, których niemało we współczesnych książkach, świadczą o jakimś jego, choćby resztkowym, łaknieniu.

I dlatego właśnie należy im się uwaga i szacunek. Nie tylko od krytyków, badaczy, polonistów, redaktorów, książkożerców, ale i od prawników, chemików, górników, urzędników, generałów, premierów, rzemieślników, ministrów sprawiedliwości i sztuki wojennej, dentystów, roznosicieli, recepcjonistów, tancerzy, słowem: wszystkich, którym zależy na szacunku dla siebie.

PIOTR ŚLIWIŃSKI
Przewodniczący Kapituły Poznańskiej Nagrody Literackiej